RSS
wtorek, 12 stycznia 2016
Planet Earth is blue... Żegnaj Ukochany...

Wczoraj wstrząsnęła mną wiadomość o śmierci Davida Bowiego. Dla wielu idol muzyczny, wizerunkowy kameleon, artysta pełną gębą - muzyk, piosenkarz, aktor, poeta. A dla mnie? Niemal że członek rodziny. Ukochany z księżyca. W moim sercu jako piosenkarz istniał odkąd pamiętam, dzięki wspaniałemu gustowi muzycznemu mojego brata. Gdy w wieku około 7 lat obejrzałam po raz pierwszy "Labirynt" z Davidem w roli Króla Goblinów trafiła mnie strzała Amora - odtąd Bowie był dla mnie ideałem mężczyzny. Przez wszystkie lata śledziłam jego zabawę sztuką - zmienianie wizerunków i styli muzycznych zgodnie z własnym widzimisię. Tylu ukochanych przeze mnie artystów być może nie było by tam gdzie są gdyby nie ich inspiracja Bladym Księciem. Robert Smith gdy zobaczył występ Bowiego w Top of the Pops w lipcu 1972 roku postanowił że chce tak hipnotyzować tłumy jak ten blady rudy dziwak z telewizji i zaczął tworzyć muzykę na poważnie. Po latach zresztą miał zaszczyt wystąpić na koncercie z okazji 50 urodzin Bowiego, u jego boku.   

Mój żal pozostanie nieukojony jeszcze długi czas. Czuję w sercu pustkę jak po utracie najbliższej osoby. Głupie to to - wiem, ale "there's nothing I can do".

 

16:50, uma_thurman
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 stycznia 2013
Z górki na pazurki....

Tytuł notki brzmi i kojarzy sie pozytywnie, ale w moim przypadku oznacza zjazd ze szczytu pomyślności w głębię piekieł. Od wyjazdu Łukasza starałam sie trzymać. Było kilka chwil załamania, ale pokonywałam je bez większego wysiłku. Wszystko układało się tak pięknie - jedna praca, druga praca, prawo jazdy, spotkania z ludźmi bliskimi memu sercu - to wszystko zapełniało pustkę. Pustkę przez pierdolne "P". Pustkę której istnienia nie chciałam sobie uświadamiać. Nie udało się - dziś dotarło do mnie że wypuściłam z rąk mojego najwspanialszego przyjaciela. Co prawda nie na zawsze.. ale i tak na wystarczajaco za długo. Po przeczytaniu dzis pewnych słów kogoś bardzo do mnie podobnego i bardzo ważnego, zdałam sobie sprawę jak wiele zawdzięczam Łukaszowi - gdyby nie jego wsparcie to zatrzymałabym się już dawno temu. To on jest moja motywacją do życia. Dziś właśnie tego mi brakuje.
Cały dzień od rana jest do dupy. Czuję rosnące we mnie napięcie - sławetną pajęczą nić która drga wewnątrz mnie, którą wyczuwam nadchodzące trzęsienie emocji. Na dodatek zalałam dziś mieszkanie... Za duzo tego wszystkiego jak na mój ptasi móżdżek. Nie potrafię sama ogarnąć własnego świata, bo zabrakło w nim największego FILaru który go podtrzymywał... Od rana katuję się muzyką The Cure. Taka tam forma masochizmu.

Mam nadzieję, że to tylko chwilowy upadek pod ciężarem krzyża... Chcę wierzyć, że to tylko pms połączony z brakiem słońca, a nie znów bpd... Taaaak - chcę wierzyć, że jestem normalna. I wish impossible thing?

 

 

 

 

20:32, uma_thurman
Link Komentarze (1) »
środa, 25 lipca 2012
...

Jak ktoś może mnie pokochać skoro nie kocham samej siebie?

12:53, uma_thurman
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 września 2011
"GDY NIE MA PIENIĘDZY, NAJWIĘKSZA MIŁOŚĆ SIĘ ROZSYPIE!" - Joanna Krupa.

"GDY NIE MA PIENIĘDZY, NAJWIĘKSZA MIŁOŚĆ SIĘ ROZSYPIE!" - Joanna Krupa.
Tak strasznie na nią jadą wszyscy za te słowa, ale czy to nie jest prawda? Samą miłością nie nakarmisz dziecka, nie opłacisz rachunków. Jeśli będąc w poważnym związku nie możecie sobie z partnerem pozwolić na godne życie, w końcu pojawi się frustracja która będzie powoli niszczyć wasz związek. Oczywiście nie mówię, że pieniądz to bezwzględny priorytet. Sama mam ochotę czasem spakować mnie i Łukasza i wypierdzielić na bezludną wyspę, bo wiem że świetnie dalibyśmy sobie razem radę bez kasy i dóbr materialnych (choć bez internetu na pewno początek byłby ciężki :) ), bo nie trzeba będzie płacić za prąd, czy tv. Ale niestety w świecie w którym żyjemy rządzi forsa i jest ona w stanie zabić nawet miłość. A jak Wy to widzicie?

16:18, uma_thurman
Link Komentarze (2) »
środa, 07 września 2011

Coraz więcej osób wokół mnie znika... Rodzice umarli, część rodziny stała się wrogiem, kilkoro przyjaciół odtrąciłam, część sama odeszła. Została mi garstka osób którym mogę ufać. Od ponad tygodnia nie wychodzę z domu, bo się boję. Ludzi, świata, siebie... a w zasadzie tego co we mnie drzemie.  Uciekam w używki, książki, nawet tv zaczęłam oglądać po 3 letniej przerwie... Byle się odmóżdżyć, zapomnieć o padlinie dnia codziennego... 

15:35, uma_thurman
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 czerwca 2011
Unosząc się z miłości...

Znacie to uczucie kiedy czujecie idiotyczne motylki w brzuchu na wspomnienie TEJ twarzy? Kiedy uśmiechacie się po tysiąckroć dziennie na wspomnienie wyjątkowego spojrzenia, TEJ osoby? Ja znam i jest mi z tym niebiańsko dobrze. A kto nie zna to życzę mu tego - znalezienia swojej bratniej duszy, miłości po przysłowiowy grób. Kogoś za kim tęsknisz już po minucie od rozstania. Przy kim nie musisz nikogo udawać. Możesz beztrosko beknąć, śpiewać gdy czujesz się szczęśliwa, rozpłakać gdy coś Cię wzruszy. Bez obawy o narażenie się na śmieszność. O kim myślisz w pierwszej kolejności gdy przytrafia Ci się coś dobrego, ale i gdy świat się wali, bo wiesz, że znajdziesz przy nim ukojenie, dobrą radę, spokój.

 

Miło jest czuć, że jest się kochanym mimo że więcej we mnie wad niż zalet ;) I tak mi fajnie, że trafiłam na mojego Fileto-Misio-Kotykika :) Nie pamiętam już jak to było nie mieć go i nie chcę myśleć, że kiedyś może go nie być. Ejmen. :)

 

 

fot. Urszula Skowrońska :)

19:15, uma_thurman
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 maja 2011
Porządki......

Nie było mnie tu ciut ponad rok, a wydarzyło się tyyyyle rzeczy, ze ledwo to wszystko ogarniam moim małym rozumkiem. Wydarzenia te były i bardzo radosne i przytłaczająco smutne... Czyli jak w prawdziwym życiu być powinno: słodko-gorzkie.
Trzema najważniejszymi zmianami w moim życiu była strata mamy, która zmarła w styczniu tego roku na zawał serca, zdiagnozowanie u mnie pod koniec zeszłego roku Pogranicznych Zaburzeń Osobowości, oraz moje zamążpójście, które miało miejsce 13 dni temu.

Nie sądziłam, że będę tak tęsknić za mamą. Dzień w dzień żarłyśmy się jak pies z kotem, a teraz kilka razy na dzień łapię się na tym, że chciałabym jej coś powiedzieć, wypić kawę, albo obejrzeć z nią "Jaka to melodia"... Cóż - mądry Polak po szkodzie... Dlatego apeluję do Was: skierujcie swoich bliskich (rodziców, dziadków, rodzeństwo, męża, żonę) na badania kontrolne. Nawet jeśli na nic się nie uskarżają. Bo nigdy nie wiecie kiedy będzie za późno.

Tacie również nie zdążyłam powiedzieć wszystkiego co chciałam, mimo że na jego śmierć byłam w jakimś stopniu przygotowana... I tylu rzeczy nie zdążyłam się od niego nauczyć... Teraz pozostał mi jedynie cmentarny fajek palony nad grobem zgodnie z obietnicą daną tacie, oraz czytanie mamie książki której nie zdążyła doczytać...

W niedzielę przypadkowo spotkałam w pracy pana, który rozpoznał we mnie "Małgosię, córkę Władka" - to było niesamowite - móc usiąść i powspominać mojego tatuśka z obcą dla mnie osobą :)

Ech.. Dla tatusia:

Dla mamy:

Dla obojga:

Jak już wspomniałam 13 dni temu pobraliśmy się z Misiem i teraz mogę znów używać słów: mamo i tato. Rodzice Łukasza są najwspanialszymi teściami na jakich mogłam trafić. Ciepli, tolerancyjni, cierpliwi. Cud, miód :)

Znów przechodzę do przykrego dla mnie tematu: w październiku zeszłego roku zdiagnozowano u mnie Pograniczne Zaburzenia Osobowości (Borderline Personality Disorders) które towarzyszą mi od dzieciństwa i do śmierci ze mną pozostaną. Całe lata leczono mnie na depresję, a tak naprawdę był to Border.. Cóż - polska służba zdrowia ;] Dobrze, że trafiłam w końcu na doktora Bagińskiego. Leczę się u niego prywatnie, ale spokój i równowaga w życiu są warte każdych pieniędzy. Oprócz lekoterapii do końca życia skazana jestem na psychoterapię, na szczęście psycholożkę również spotkałam wspaniałą. Oby więcej takich ludzi z powołaniem do swojego zawodu.

Poza tymi trzema zmianami moje życie płynie po staremu: nadal udzielam korepetycji z angielskiego, a grupka uczniów ulega kosmetycznym zmianom personalnym. Praktycznie wszystkie moje dzieciaczki są przeurocze - niesamowicie się z nimi zżyłam i czasem łapię się na tym, że chciałabym żeby nasze dziecko miało oczka jak Rafałek, albo wyobraźnię jak Zuzanka ;) Skoro już w temacie dzieciaczków jesteśmy, to w grudniu zeszłego roku nasza rodzina powiększyła się o cudną Aurelkę - córcię brata Łukasza. Łukasz został jej ojcem chrzestnym, a ja zakochałam się w niej na zabój. :) Kolejny mały człowieczek narodził się w marcu tego roku i jest to syn mojej przyjaciółki Uli. Maks urodził się jako malutki 2 kilogramowy okruszek, ale rośnie w oczach i tak jak Aurelka skutecznie przykłada się do rozbudzenia we mnie instynktu macierzyńskiego ;) Filet już się boi ;D

Ulcia mimo macierzyństwa znalazła ostatnio chwilkę na wspólne zdjęcia. Efekty jak zwykle powaliły mnie na łopatki :)

Delikatna próbka z sesji:

 

Poza korepetycjami i pozowaniem nadal bawię się makijażami. Niedługo wybieram się na kurs żeby sprawdzić co potrafię a czego jeszcze muszę się douczyć ;) Po kursie mam zamiar "wrócić do branży" i wtedy zapraszam wszystkie chętne buźki pod moje pędzelki. Ceny dumpingowe, jak zwykle ;)

A czy wspominałam już o najwspanialszej grupie teatralnej na Ziemi? :) Kiedyś pisałam o naborze do takowej. Dziś jesteśmy już po dwóch sztukach ("Balladynie" w której grałam główną rolę męską - Kirkora :D oraz "Scenach z Makbeta" w której grałam główną rolę damską - Lady Makbet) i niesamowicie się zżyliśmy. Większość grupy to nastolatkowie ale świetnie się dogadujemy, mimo średnio 10 letniej różnicy wieku. :) Ich młodzieńcze szaleństwo i żywiołowość poprawia mi humor w każdej sytuacji. O naszej prowadzącej i reżyserce nie wspominam, bo nie starczyło by mi transferu ;) Napiszę tylko, że pokochałam panią Basię całym sercem i mam do niej cholerny szacunek. Niech mi żyją K.R.E.W-ni sto lat!!! :*

Wielu znajomych pyta mnie jak czuję się po ślubie. Nie czuję żadnej zmiany. Ponad 3 lata mieszkamy ze sobą, kochamy się tak samo mocno, kłócimy tak samo intensywnie, nadal nie zabiegam o tytuł "Kury Domowej Miesiąca". Doszło mi tylko drugie nazwisko i nazewnictwo zmieniło się z: mój narzeczony na "mój mąż" ewentualnie "Miś-mąż", a ja z Bejbsonka stałam się Bejbsżonką ;) Zatem instytucja małżeństwa jest przereklamowana ;) Ale i tak nie żałuję, że zrobiliśmy ten krok.
Cały dzień ślubu, choć wyprzedzony miesiącem stresu, chorób i obaw był szalenie piękny. Od ceremonii w USC zacząwszy, poprzez obiad dla najbliższej rodziny i świadków, a na imprezie dla grupki przyjaciół w Spinozie skończywszy. Nasi przyjaciele i znajomi stanęli na wysokości zadania, do dziś jestem oczarowana :) Imprezę od strony muzycznej uświetnił DJ Prescot,  dwa utwory z debiutanckiej płyty zaśpiewał Jan Niezbendny, a potem niespodziankę zrobiła nam pani Dagmara Świtacz - śpiewaczka operowa, która zaśpiewała nam arię. Ciarki biegały po plecach, łzy same wpływały do oczu. To był bajkowy dzień. Jeszcze raz dziękujemy! Qraczku - za organizację masz wieeeeelkie buzi i flaszkię ;)

A wczoraj dowiedziałam się, że rozpakowując prezent od mojej uczennicy i przyjaciółki, pani Ewy, nie zauważyliśmy koperty z biletami na koncert Briana Adamsa... I poszły na śmietnik razem z papierem ozdobnym ;] To jedyna rysa na szkle

A tu jeszcze jedna z niespodzianek ślubnych:

http://umafilet.groker.pl/

Raz jeszcze senkju wery macz, grokerze ;)

I świeżuteńki, jeszcze pachnący wędzonym boczkiem i wódeczką klip Jana Niezbendnego do piosenki "To było chyba wesele", w którego nagraniu mieliśmy zaszczyt wziąć udział:

Na zakończenie foto ze ślubu. My z naszymi wspaniałymi świadkami - naszym przyjacielem Krzysiem (po lewej) i moim bratem Andżejkiem (po prawej):

Aha. Ogłaszam, że postanowiłam utworzyć "sierociniec książkowy", więc przyjmę wszystkie książki jakie macie na zbyciu.

To chyba tyle z ogłoszeń parafialnych ;) Do następnego przeczytania!

20:24, uma_thurman
Link Komentarze (3) »
środa, 17 lutego 2010
No dooobra

DOOOOOOOOBRA

Żeby nie było, że smucę - bo juz kilka osób mnie zjechało na gg (za co dziękuję, bo potrzebuję takich kopów ;-) ).

Są jakieś tam pozytywy w tym członkowym dniu. Mianowicie: DZIŚ JEST ŚWIATOWY DZIEŃ KOCIEGO SIERŚCIUCHA.

Oto moje kociszcza:

Słodka kotka Rosalinda (zwana Wąsem) - ta która niecały miesiąc po urodzeniu 3 kociąt wyskoczyła z okna z dziesiątego piętra i tylko zwichnęła sobie łapkę.

To jej mąż Honoriusz Bazyli Balzak zwany Grubym. Ten, który spłodził trójkę kociąt będąc wykastrowanym ;-)

Mój pupilek:

Ale z Rosą też się ostatnio zaczęłam dogadywać:

Rosalinda i Balzak to bardzo zgrane małżeństwo. Spłodzili i wychowali trójkę sierściuchów.

Mia

Chinka

Nietoperz, zwany Pumperniklem, nazwany w końcu Jorge (Horhe). Obecnie wabi sięTofik i mieszka w kocim raju czyli u rodziców Łukasza.

Rosa i Balzak razem śpią:

Razem się opalają (jak widać Balzakowi znów nie pykła miejscówka ;-) ):

Razem się myją - synchronicznie ;] :

Kiedy trzeba dzielą się obowiązkami. Rosa zajmuje się przygotowywaniem jedzenia ;) :

A Balzak pilnował potomstwa:

Dziś nasza kocia rodzinka jest już w rozsypce - siostrzyczki poszły do znajomych, a Jorge do rodziny. Na szczęście zostali mi koci rodzice i nie oddam ich nigdy i nikomu :)

Taki oto koci post w koci dzień. Nawet humor mi się ciut poprawił. Kototerapia jednak na mnie nadal działa.

 

 

17:58, uma_thurman
Link Komentarze (1) »
MAM DOOOOOŚĆ...

Nie cierpię takich dni jak dzisiaj... Po przepłakanej z bezsilności nocy nastał bezsilny ranek, a w zasadzie popołudnie, bo przeciągałam sen do 14. Mam serdecznie dosyć wszystkiego wokół mnie. Zimy za oknem, przeziębienia które mnie przez nią dopadło, sprzątania, gotowania, pindrzenia się. Nawet Łukasz i koty drażnią mnie w takie dni. W skrócie - mam dosyć CODZIENNOŚCI. Szarej, nudnej, oblewającej mnie jak deszczówka codzienności. Najgorsze jest to, że nie ma perspektyw na jakąkolwiek zmianę. Rzygam już tymi zatęchłymi Żorami, a o wyjeździe gdziekolwiek mogę zapomnieć. W tegorocznych hucznych planów wyjdzie jak zwykle wielkie NIC - tak jak z zeszłorocznych. Rok temu miała być Finlandia, ale okazało się, że nie udźwigniemy kosztów. W tym marzył mi się Paryż, a pewnie nawet do Szklarskiej Poręby nie uda nam się zawitać. W lutym miał być Poznań, a nawet do Rybnika na koncert Jopkowej nie wygramolimy się z domu. Ta stagnacja mnie zabija. Rzygam tym wszystkim, RZYGAM RZYGAM RZYGAM! Czasem tak bardzo żałuję, że nie uciekłam z tego kraju zaraz po maturze. Wielu znajomych tak zrobiło i mają się świetnie. Tylko jaaaa zostałam wierna wspaniałym Żorom, które teraz nawet nie są w stanie dać mi godnej pracy. Wiem, że nie dożyję czasów kiedy w Polsce państwo będzie dbało o człowieka a nie czatowało na jego, śmieszne i tak, pieniądze. A pomyśleć, że za morzem właśnie tak jest. To niby na wyciągnięcie ręki, ale niestety poza granicami moich możliwości. Nie tylko finansowych. No bo co? Spakuję się i pojadę sama? Zostawię Łukasza, który z wielu względów nie rzuci swojej pracy? Zostawię chorą matkę? Bądź co bądź moje mieszkanie? Wiem, doskonale wiem, że to wszystko niewykonalne i musi zostać w sferze marzeń... ale często o tym śnię....

Ostatnio ciężko mi nawet spojrzeć w lustro... na bezsensowna gębę dwudziestopięciolatki która NIC w życiu nie osiągnęła. Nie skończyła studiów, nie ma porządnej pracy, pasji, nie ma nawet swojej własnej rodziny – męża, dziecka. Bezwartościowa kobieta, nieudolny człowiek, który swoje życie dzieli między wizytami u psychologa. Fantastycznie!!! Ekstra!!! Żyć, nie umierać!!! A w zasadzie umierać – nie żyć... Bo i po co?

16:01, uma_thurman
Link Komentarze (2) »
wtorek, 02 lutego 2010
Notka pod anielim skrzydłem ;)

Dzisiejszy dzień był miły. Jak wiadomo - lubię prezenciki, a dziś dostałam dwie śliczne paczuszki. Jedna to jeden ze spóźnionych prezentów wigilijnych, czyli czarna koronkowa opaska na oczy, która na mnie wygląda oczywiście gorzej niż na modelce z katalogu na stronie www, ale co tam ;-) Znajdę dla niej jakieś dobre zastosowanie.

W drugim, większym kartonie znalazłam:

 

tyryryryryryryr

 

 

Mój własny, cudowny, czerwony oldskulowy rower marki Romet, z koszykiem przednim! :D Co prawda na razie mnie irytuje, bo stoi na środku pokoju ( na szczeście Endrja)  i nie mogę go użyć, bo za oknem nadal pieprzona zima. Ale:

 

Do Audrey-kompletu brakuje mi jeszcze L'interdit. ;)

Jestem jak chodząca bomba zegarowa. I to nie pod względem nerwowym, lecz emocji "artystycznych" które we mnie siedzą, a nie mam możliwości ich uwolnienia. Bo zima, bo brak czasu, bo się nie chce gdy się ten czas już znajdzie, bo to, bo sramto. Ale już niedługo się spełnię :) W przyszłym tygodniu idę na przesłuchanie do żorskiej grupy teatralnej. Muahaha! Szatańsko, co? A co! Zawsze kino i teatr we mnie siedziały, a teraz może zamiast być tylko odbiorcą, stanę się malutką twórczynią tego świata. Życzcie mi powodzenia ;-) Jeszcze nie mam wybranego tekstu który będę recytować. Uczę się kilku naraz.

Poza tym może uda mi się wyżyć w sesji fotograficznej, bo aż mnie świerzbi żeby się powyginać przed obiektywem. Czekam tylko na znak pewnej miłej pani Katarzyny ;-) :*

Tylko wena do poezji coś mi ostatnio nie dopisuje. Już nie pamiętam kiedy ostatnio skrobałam coś w swoim wysłużonym już zeszycie z wierszami. Wierzę, że z wiosną to się zmieni :)

Teraz najważniejsza wiadomość dla tych którzy się o mnie martwią: PRZYTYŁAM! Ważę 54 kilogramy, a to już tylko kilogram mniej niż w liceum – a wtedy z pyska podobna byłam do księżyca w pełni ;-) Staram się nie dopuścić do stanu gdy moja siostrzyczka utuczyła mnie w ciągu 2 miesięcy do wagi 63 kilogramów :D Wczoraj przeglądałam zdjęcia z tego okresu i dla Waszego dobra nie wrzucę żadnego.

 

Jutro wielki dzień z powodu trzech rzeczy:

1) Idę do PUPy yyy PUP-u zarejestrować się jako bezrobotna. W sumie nie wiem po co, bo jak to mawiał Ferdynand K.: W tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem ;-)

2) Idę do nowego ucznia. Najstarszego z moich dotychczasowych – kończącego gimnazjum młodzieńca. No i... Mam tremę. To takie dziwne wyjść z gromadki moich uśmiechniętych, rozwrzeszczanych i uroczo niezdyscyplinowanych dzieciaczków, a przejść do mrocznej jaskini dojrzewającego, być może zbuntowanego jeszcze-gimnazjalisty. Liczę, że nie będzie tak źle – w końcu dar czarnowidztwa mocny jest w mej rodzinie.

3) Po trzymiesięcznej przerwie idę do mojej kochanej pani Eli – psycholożki, która od roku czuwa nad demonami w mojej głowie. Barrrdzo się stęskniłam za tą kobietą i nie mogę się już doczekać kiedy znów się jej wygadam i prawdopodobnie wypłaczę :) Ktoś mi kiedyś powiedział, że nie rozumie po co chodzę do psychologa. Że to samo co mówię jej, mogę powiedzieć Łukaszowi, przyjaciółkom, mamie, siostrze, bratu, kotom. Tak, owszem. Mogę. Ale te wszystkie osoby są emocjonalnie do mnie nastawione i czasami nie potrafiłyby mi doradzić czy wytłumaczyć pewnych sytuacji, tak jak zrobi to osoba stojąca z boku, a do tego kompetentna. A dzięki pani Eli tyle w naszym (Łukasza, moim, mamy) życiu się zmieniło, że czasem się zastanawiam jak mogliśmy funkcjonować inaczej.

Właśnie jej przypada jeden tytuł mojego prywatnego Anioła.

Drugi i ten najważniejszy przypada oczywiście Łukaszowi. To niesamowicie cudowne uczucie być i żyć na co dzień z kimś, kto Cię kocha, rozumie, nie stara się Ciebie zmieniać (chyba, że chodzi o zmianę rzeczy które samej mi przeszkadzają) bo akceptuje Cię w pełni; komu nie boisz się przyznać nawet do największych błędów. Kimś, kto przynosi mi inspirację i gorący termofor gdy podczas okresu boli mnie brzuch. Historia jak z „Samotności w sieci”? Nie! Lepsza! Bo prawdziwa i moja własna :) Życzę każdemu i każdej z Was, żebyście znaleźli swojego własnego Anioła Stróża. Takiego dla którego chcecie zmieniać siebie i świat dookoła na lepsze. Ja już znalazłam. Dziękuję, dobranoc! Aaale to było dobre! :D *

 

 

* Tak, wiem. Jestem miłośniczką prymitywnych internetowych memów. Co ja na to mogę? W końcu chcąc, nie chcąc sama stałam sieczęścią tej internetowej papki. Choćby w postaci demotywatora, którego autora chciałabym poznać i spytać czemu ja? ;-) Ale i tak najwięcej radości przyniósł mi internauta który w komentarzu pod demotem napisał: Ależ fajna pani. Aż można jej wybaczyć płaskość

Płaskość? Jaką płaskość? Gościu wyskoczył z takim hasłem kiedy właśnie polubiłam się z rozmiarem mojego biustu, a idealnie dopasowany rozmiar stanika (o dziwo nie zerówka) sprawił, że uważam, że jest on całkiem pokaźny ;)

Żeby było śmieszniej, teraz zauwazyłam, że ów internauta ma nick Zakazany, czyli L'interdit! :D

Enjoy!

http://demotywatory.pl/813568#comments

 

Na koniec dzisiejszy szot kotki Rosalindy. Ta to dzisiaj miny stroiła :D

00:50, uma_thurman
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3